Plakat
Bł. Marta Wiecka (1874-1904)
(wspomnienie 30 maja)

Urodziła się 12 stycznia 1874 r. w Nowym Wiecu na Pomorzu w rodzinie Marcelego i Pauliny z Kamrowskich jako trzecie z trzynaściorga dzieci, z których troje zmarło w dzieciństwie. Rodzina posiadała duże gospodarstwo rolne. Wprawdzie zatrudniała robotników, ale i dzieci wcześnie były wdrażane do pracy. Atmosfera w domu była przeniknięta serdecznością, ale i współodpowiedzialnością za życie rodziny.

Marta od wczesnych lat zajmowała się młodszym rodzeństwem i podejmowała prace domowe. Była dzieckiem energicznym i przedsiębiorczym. W siódmym roku życia rozpoczęła naukę w szkole, w której uczono po niemiecku, był to bowiem czas nasilonej germanizacji ludności polskiej pod zaborem pruskim. Językiem polskim posługiwano się w domu rodzinnym, a później także w katechizacji przykościelnej.

Z tego okresu we wspomnieniach rodziny zachowało się szczególne wydarzenie. Marta znalazła na strychu u krewnych figurę św. Jana Nepomucena. Zabrała ją stamtąd, oczyściła i odnowiła oraz postarała się, żeby rodzice ustawili ją na postumencie przed domem. Proboszcz dokonał uroczystego poświęcenia kapliczki. Odtąd, do końca życia, Marta żywiła szczególne nabożeństwo do tego świętego.

W osiemnastym roku życia Marta wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia w Krakowie. Postulat rozpoczęła 26 kwietnia 1892 r. Po czterech miesiącach włączono ją do seminarium (nowicjatu). Na zakończenie tego okresu formacji dyrektorka wystawiła jej mało pochlebną opinię: Marta Wiecka, wzrost dość duży, zdrowie dobre, ale zbyt nim zajęta. Czyta, pisze i rachuje nieźle, szyje nieźle. Charakter pyszny, lekkomyślny i szorstki w obejściu z towarzyszkami; pobożność zwykła, przeciętna. Później jednak dopisała: Wykazuje dobrą wolę. Ten dopisek stwarzał nadzieję, że przy należytej pracy nad sobą Marta może być dobrą siostrą miłosierdzia i dlatego 21 kwietnia 1893 r. posłano ją na pierwszą placówkę do dużego szpitala we Lwowie.

W tamtych czasach nie wymagano ukończenia studium pielęgniarskiego. Rozpoczynające posługiwanie chorym uczyły się od bardziej doświadczonych sióstr. Martę skierowano do szpitala we Lwowie, bo tam były największe możliwości poznawania wszystkich tajników pracy wśród chorych. Uczyła się wszelkich zabiegów, od prostych opatrunków aż do asystowania przy operacjach. Nade wszystko uczyła się właściwej postawy wobec chorych.

Miała wokół siebie duży zespół sióstr przez lata wdrożonych do pracy, w której należało umiejętnie łączyć troskę o chorych z troską o własną doskonałość. Z tego okresu zachował się list Marty do matki. Przekazywała jej życzenia imieninowe, a w zakończeniu dodała: Proszę się za mnie pomodlić, aby Pan Bóg mi dał siły i łaski, abym mogła być dobrą siostrą miłosierdzia. To właśnie było dla niej najważniejsze.

Po półtora roku „wprawiania się” do pracy pielęgniarskiej we Lwowie w 1894 r. skierowano siostrę Martę do niewielkiego szpitala w Podhajcach, gdzie pozostała przez pięć lat. Tutaj musiała spełniać różne obowiązki, czasem nawet zastępować lekarza. Ponadto oprócz pracy w szpitalu siostry odwiedzały chorych w ich domach rodzinnych i podejmowały wszechstronną troskę o ubogich. Podobnie było na następnej placówce w Bochni (1899-1902). Tutaj siostra Marta przeżyła dramatyczne doświadczenie. W jednej sali szpitalnej przebywał: chory wenerycznie, którym, według przepisów zgromadzenia siostra nie mogła się zajmować, i młody student chory na gruźlicę, który zamierzał wstąpić do seminarium duchownego. Ponieważ temu drugiemu siostra poświęcała więcej troskliwości, pierwszy przekazał miejscowemu proboszczowi wiadomość, że widział siostrę Martę ze studentem „w łóżku” i że zapewne zaszła w ciążę. Proboszcz uwierzył w oszczerstwo i powiadomił o tym przełożonych. Ci również, bez próby wyjaśnienia sprawy, przyjęli wiadomość jako stwierdzony fakt. Siostrze Marcie groziło wydalenie ze zgromadzenia. W jej obronie stanęła tylko przełożona domowa siostra Maria Chabło. Stwierdziła: Siostra Wiecka to dusza niewinna, całkiem Bogu oddana. Za nią tak ręczę, jak sama za siebie.

Przekonała też przełożonych, że siostra Marta powinna zostać w Bochni, bo tylko w ten sposób można udowodnić wszystkim fałszywość oskarżenia. Okazało się, iż miała rację, bo po pewnym czasie sam oszczerca odwołał swoje pomówienie. Łatwo sobie wyobrazić, co wtedy przeżywała siostra Marta. Myślała nawet o wyjeździe na misje do Chin. Ostatecznie jednak uznała, że większą miłością będzie zostać i dla Chrystusa znosić wszystko cierpliwie. Zgodnie z wolą przełożonych pozostała jeszcze przez dwa lata w Bochni.

Ostatnią placówką siostry Marty był szpital w Śniatynie (1902-1904). Warto wspomnieć znamienne wydarzenie z tego okresu. Do szpitala przywieziono rabina ze złamaną nogą. Pod nieobecność lekarza siostra zamierzała złożyć złamaną nogę. Rabin jednak zaprotestował twierdząc, że żadna kobieta nie może go dotknąć. Siostra powiedziała: Ja nie jestem żadna kobieta, tylko osoba Bogu poświęcona i nogę złożyła. Następnego dnia rabin poskarżył się lekarzowi i prosił, aby sprawdził, co z jego nogą. Ten jednak stwierdził: Jeśli to siostra Marta złożyła, to nawet sprawdzać nie trzeba. Rabin zaś po wyjściu ze szpitala pisywał listy z wyrazami wdzięczności i adresował je: Do świętej siostry Marty.

Ostatnim wydarzeniem w życiu siostry Marty był heroiczny akt miłości bliźniego. W szpitalu należało dokonać dezynfekcji pomieszczenia, w którym leżała chora na tyfus. Siostra wykonała to zadanie w zastępstwie wyznaczonego do tego pracownika, ojca rodziny. Po tych czynnościach sama zachorowała i po kilku dniach, 30 maja 1904 r., zmarła i została pochowana na cmentarzu w Śniatynie. Oddała życie jako ofiara miłości. Jej pogrzeb stał się manifestacją wdzięczności, można powiedzieć wdzięczności wobec wszystkich sióstr miłosierdzia, które z poświęceniem służą Chrystusowi w ubogich.

Pamięć siostry Marty przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Również dzisiaj na jej grób, który stał się symbolem ekumenizmu, przychodzą ludzie różnych wyznań i narodowości. Otrzymują za jej wstawiennictwem liczne łaski. To sprawiło, że w 1997 r. wszczęto proces beatyfikacyjny, który w grudniu 2004 r. zakończył się dekretem papieża Jana Pawła II o heroiczności cnót Marty Wieckiej. Uroczysta beatyfikacja odbyła się w sobotę 24 maja 2008 r. we Lwowie.

Przesłanie

Oddana Bogu dla służenia ubogim. W Zgromadzeniu Sióstr Miłosierdzia jest zwyczaj, że w dniu zakończenia formacji w seminarium (nowicjacie) i posłania do pracy siostry zapisują w specjalnej księdze swoje myśli i uczucia. Siostra Marta zapisała wtedy: W chwili, gdy usłyszałam te słowa, że mam przyoblec się w sukienkę Córek Miłosierdzia, pomyślałam sobie, że Bóg spełnił moje pragnienia, o których marzyłam od mojej młodości i uczułam w mym sercu radość wraz z wdzięcznością i miłością ku Bogu, który mnie niegodną raczył obdarzyć tak wielką łaską, iż przy Jego pomocy będę miała szczęście pracować w zgromadzeniu dla Jego chwały i pożytku bliźnich. Prosiłam Ducha Świętego, aby raczył mnie obdarzyć skupieniem, darem modlitwy i gorliwością w obowiązkach, które mi będą powierzone. W podobnym duchu pisała w liście do siostry po rozpoczęciu pracy w Podhajcach: Niegodnam tak wielkiej łaski, jakiej mi Bóg udzielić raczył, czynić to samo, co niegdyś Pan Jezus czynił: służyć chorym, a w ich osobie samemu Panu Jezusowi opatrywać rany. A to jeszcze nie wszystko: tak często łączyć się z Nim Komunii świętej.

Oddanie Bogu, jakie siostra Marta pielęgnowała w sercu, znajdowało odbicie w jej postawie zewnętrznej. Dostrzegały to współsiostry oraz inne osoby. Jedna z sióstr wspominała: W szpitalu w Śniatynie miała swój oddział w pobliżu kaplicy, toteż często choć na moment tam się udawała, by oddać cześć swemu Boskiemu Oblubieńcowi i błogosławieństwo Boże sobie na swe prace wypraszała. W niedzielę, zaspokoiwszy z macierzyńską dobrocią potrzeby chorych, mawiała: Ja teraz idę na Drogę Krzyżową do kaplicy, może by kto z was poszedł też ze mną. Pan Jezus tyle cierpiał za nas, a my tak mało o tym myślimy. Pewna świecka osoba przypominała: Miałam sposobność widywać ją w kościele i podziwiać jej głębokie skupienie na modlitwie. Ona uważała, że wszystko jest marnością, oprócz miłości Boga i Jego służby.

Miłość ku Bogu w życiu siostry Marty znajdowała swe dopełnienie w nabożeństwie do Matki Bożej. Mówiono o niej: Miała wielką miłość i bezgraniczne zaufanie do Najświętszej Panny. Mawiała nieraz, że Matka Najświętsza nigdy niczego jej nie odmówiła. Miło było widzieć jej korną postawę przed figurą Matki Bożej. Zdawało się, że w zachwyceniu odmawiała z chorymi różaniec i śpiewała pieśni maryjne.

Służenie wszystkim ubogim. Święci założyciele zgromadzenia niezmiennie podkreślali, iż celem sióstr miłosierdzia jest służenie wszystkim ubogim, tak co do duszy, jak co do ciała. Siostra Marta zachowała te zalecenia w sercu i dawała im wyraz całym swoim życiem. Po Wigilii Bożego Narodzenia spędzonej na dyżurze w szpitalu w Podhajcach, pisała do rodziców: Wesoło i miło było mi przy moich ukochanych chorych w tym dniu przeżywanym z radością, z modlitwą i śpiewem przy żłóbku.

Ważne jest nie tylko wyrażenie: moi ukochani chorzy, ale i stwierdzenie, że wśród nich przeżywa prawdziwą radość, że nie tylko pracuje dla nich, ale żyje ich cierpieniem i pragnie dać im choć odrobinę radości w znoszonych cierpieniach. Taką postawę dostrzegali otaczający ją ludzie: chorzy, pracownicy szpitala i współsiostry. Urzędnik szpitala w Podhajcach zapisał: Największą dla niej radością było nieść pomoc chorym, bo dla siebie nic nie potrzebowała. Swoim poświęceniem dla dobra wszystkich ludzi, bez względu na nację i wyznanie religijne, zjednywała sobie ogólną miłość i szacunek wszystkich. Dyrektor szpitala w Śniatynie dodawał: Opiekowała się troskliwie nie tylko przydzielonymi jej chorymi, ale również wszystkim przebywającym w szpitalu ofiarowywała pomoc i opiekę cielesną i duchową. Miała dar wpływania na swe otoczenie. Wzbudzała wśród innych sióstr, u służby pomocniczej i u lekarzy głębszą chęć opiekowania się chorymi. Wśród ciężkiej pracy zawsze była pogodna. Miała też dar nawracania grzeszników. Na jej oddziale żaden chory nie umierał bez pojednania się z Bogiem.

Po śmierci siostry Marty zapisano w kronice domowej: Zostawiła wielką pustkę i żal za sobą. Przez cały czas choroby byłyśmy jakby w oblężeniu. Przeważnie Żydzi bardzo się interesowali jej chorobą. Ciągle dowiadywali się o stan jej zdrowia. W jej intencji palili świece w swoim domu modlitwy. Pogrzeb był jakby uroczystą manifestacją. Brali w nim udział duchowni wszelkich wyznań i nieprzeliczone tłumy. Każdy uznawał, że to pogrzeb świętej.

Życie we wspólnocie zgromadzenia. Charyzmat sióstr miłosierdzia określany jest jako: Oddanie Bogu dla służenia ubogim we wspólnocie zgromadzenia. Założyciele przekonywali siostry, że ich wzajemna miłość ma być znakiem dla świata i ma zachęcać do skuteczniejszego służenia ubogim chorym. Atmosferę wzajemnej miłości siostra Marta przeżywała już w domu rodzinnym. Stało się to fundamentem, na którym budowała swoje życie we wspólnocie zgromadzenia. Szybko zorientowała się, że nawet wtedy, gdy ma się rację, nie można zbyt stanowczo przy niej obstawać. Pomagały jej w tym różne, czasem bolesne, doświadczenia w pierwszym okresie życia w zgromadzeniu. We wspomnieniach sióstr o jej późniejszych latach notowano: W pożyciu z siostrami odznaczała się szczególną usłużnością.

Wszystkiego się wyzbywała, aby zrobić przyjemność innym, nawet jeżeli sama tego potrzebowała.

Jedna z sióstr zapisała: Siostra Marta stanowi przepiękny wzór i przykład miłości wzajemnej, przebaczenia uraz i wdzięcznej pobożności jakby swobodnej i łatwej do naśladowania. We wspólnotach, zwłaszcza małych, a w takich żyła siostra Marta w Podhajcach, w Bochni i w Śniatynie, wszyscy za dobrze się znają, aby się wzajemnie uwielbiać. I tak jest zapewne dobrze, bo ważniejsza od wzajemnej adoracji jest autentyczna miłość taka, jaką św. Wincenty nazywał świętą jednością.

Taką właśnie była miłość siostry Marty wobec innych sióstr. Pewnie dlatego jedna z nich zapisała: Dziś już sobie nie przypominam, abym w niej uważała coś nadzwyczajnego. Była bardzo dobrą towarzyszką lubianą przez wszystkich. W dzisiejszych czasach coraz wyraźniej widać zapotrzebowanie na taką zwyczajność, na nienarzucającą się miłość, która urzeczywistnia się w trudzie rąk i w byciu do dyspozycji.

© „Dziedzictwo – Święci i Błogosławieni Rodziny Wincentyńskiej” Alberto Vernaschi CM, Tłumaczenie z języka włoskiego Ks. Władysław Bomba CM, Wydanie III (uzupełnione) – WITKM Kraków 2014 r.